+48 12 290 22 22
photo1

Nie widzę przeszkód - wywiad z Jurkiem Płonką

Jurek Płonka – 25 lat, prezes Stowarzyszenia Nie widzę przeszkód. Kiedy miał 2 i pół roku zaczął tracić wzrok. Dziś widzi tylko w 5 procentach, czyli, jak mówi, prawie nic. Od lat wyczynowo uprawia sport. Jego największą pasją jest wspinaczka wysokogórska. Realizuje akcję zdobycia najwyższych szczytów zaliczanych do Korony Europy - „Euro Summits Adventure”. Chce tego dokonać jako pierwsza niewidoma osoba na świecie.
Michał Truszkowski - przyjaciel Jurka i podobnie jak on pasjonat wycieczek turystycznych i wspinaczki górskiej. Prezes krakowskiej drużyny footballu amerykańskiego „Kraków Tigers”.  

Red: Planujesz zdobyć najwyższe szczyty Europy. Na jakim etapie obecnie jest to przedsięwzięcie?

Cały projekt zaczął się w listopadzie 2013 roku. Pierwsze nasze wyjście to był szczyt Carrantuohill w Irlandii Południowej. W sumie jest 46 szczytów w "Koronie Europy", na dzień dzisiejszy mamy za sobą 36. Tylko, że niektóre trzeba poprawić, bo się nie udało ich zdobyć, tak jak na przykład w Szwecji, tak jak po raz trzeci w Bośni. To są trudne góry, ciężko do nich dojechać, są bardzo wymagające i bardzo techniczne. Oprócz tego w 2009 roku, jako pierwsza osoba z uszkodzeniem wzroku, wszedłem na Mont Blanc wraz z moim przyjacielem Michałem Myszą. Wszystkie góry, które pozostały przede mną są zresztą bardzo ciekawe, to między innymi  dalekie Wyspy Owcze, oblodzona Islandia czy Włochy i Francja - aby zdobyć szczyt we Włoszech, muszę ponownie wejść na francuski Mont Blanc. Szczerze powiedziawszy Korona Europy jest na tyle niesamowitym projektem, że mógłbym podjąć się go jeszcze raz.

Red: Czy ten szczyt w Szwecji, który musicie powtórzyć, to Kebnekaise?
Dokładnie.

Red: To bardzo trudny szczyt. Czy to prawda, że tam trzeba iść kilkanaście kilometrów, żeby dojść do samej góry?
Tak, trzeba dojść albo dolecieć śmigłowcem (śmiech). To jest w ogóle bardzo specyficzna góra, bo żeby dojść do niej, to trzeba tak około 20 kilometrów pokonać pieszo po płaskim, dochodzi się do schroniska na wysokości 800 metrów n.p.m. i potem stamtąd jest jeszcze kawał drogi. Są dwie opcje wyprawy: jedna przez lodowiec, a druga naokoło, szlakiem czerwonym. Kiedy próbowaliśmy zdobyć Kebnekaise, mieliśmy pecha, bo załamała się pogoda. Byliśmy tam w czerwcu, dzień polarny, cały czas świeciło słońce, ale temperatura spadała nawet do minus 15 stopni. Ja dostałem hipotermii, odmroziłem twarz i musiałem czekać na akcję ratowniczą aż 26 godzin! Do szczytu zostało nam wtedy jakieś 100 metrów. Tylko i aż 100 metrów. Trzeba pamiętać, że w wysokich górach 100 metrów to często morderczy dystans. Dlatego muszę tam wrócić.

Red: Dlaczego właściwie to robisz?
Żeby być pierwszym! (śmiech). Ja kiedyś byłem w kadrze narodowej. Trenowałem trzy lata wioślarstwo, biegałem w maratonach, a potem postanowiłem znaleźć nowy cel. No i stało się nim właśnie zdobycie Korony Europy. Jest kilku ludzi na świecie, którzy tego dokonali. Ale pośród nich nie ma nikogo niewidomego. Nikt, kto tak jak ja nie widzi, nie zdobył się na to, bo to jest po prostu bardzo wymagające: fizycznie, psychicznie, finansowo, logistycznie. Dlatego dla mnie to wyzwanie.

Red: A jak wygląda techniczne i logistyczne przygotowanie do wyprawy?
Chętnie bym powiedział, że codziennie ćwiczę ze sztangą, robię sto pompek, trzysta przysiadów, ale tak nie jest! Na co dzień żyję zupełnie normalnie. Najpierw, żeby w ogóle pójść w góry, trzeba się tego nauczyć. Po pierwsze na pewno należy ukończyć trochę kursów, dowiedzieć się jak działają liny, jak się zabezpiecza zjazdy, stanowiska i tak dalej. To konieczne, bo część tych gór jest bardzo niebezpieczna. Po drugie trzeba dobrać ekipę, a to jest bardzo trudne, bo to muszą być ludzie, którym mogę zaufać i z którymi wytrzymam kilkanaście dni. (śmiech). A później po prostu kupić bilet, pojechać, wynająć samochód i się przejść!
Michał: Jurek jest sportowcem od kilkunastu lat, on jest przyzwyczajony do przeciążeń. To, co dla innego człowieka jest morderczym wysiłkiem, dla niego jest trochę prostsze. Do tego Jurek jest bardzo spontaniczny. Przykład? Dzwoni do mnie w styczniu, żebym z nim jechał na Kilimandżaro. Ja mówię: „No wiesz, super, ale się chyba muszę trochę zastanowić”. A on: ”Nie no, już mam ekipę, trzeba tylko sfinansować i jedziemy!”.

Red: No właśnie, a jak pozyskujecie fundusze na wyprawę?
Zdarzają się sponsorzy. Nie są to duże kwoty, ale trochę pomaga.
Michał: Jurek jest skromny i nie chce powiedzieć, że kredytuje 60% wycieczek z własnej linii kredytowej. Dla mnie to jest absolutne szaleństwo! Dlatego właśnie chcemy to zmienić w najbliższych latach. Szukamy firm, które są w stanie robić drobne przelewy, bo z małych kwot robią się pokaźne sumy. A gdy projekt Jurka, ten i następne, które planuje, staną się bardziej rozpoznawalne, to z pewnością będzie łatwiej znaleźć sponsora generalnego. W październiku na przykład ruszyła akcja na stronie POMAGAM.PL, która będzie trwała do 23 grudnia. Sprawa jest prosta. Wystarczy wejść na stronę www.pomagam.pl/niewidzeprzeszkod, zapoznać się z zamieszczonymi materiałami, wybrać dowolną, mniejszą lub większą kwotę jaką chce się wesprzeć projekt, ewentualnie określić nagrodę, którą otrzyma się w zamian za pomoc i prostym przelewem bankowym dokonać wpłaty.

Red: Co sprawia największą trudność we wspinaczce człowiekowi niewidomemu?
Najtrudniejsze jest schodzenie. Wtedy może wydarzyć się najwięcej wypadków. To jest wkładanie nogi w pustkę. Ci, którzy idą ze mną nie są w stanie powiedzieć mi o każdym kamieniu, czy szczelinie, bo tam są same kamienie. Także wpadam w te dziury. Zawsze wracam posiniaczony, z pokiereszowaną twarzą, naciągniętymi ścięgnami, pociętymi spodniami. To jest standard, przyzwyczaiłem się już. Chociaż nigdy nic nie złamałem, póki co. Gdy schodzę, z reguły trzymam jednego z towarzyszy za plecak. Tak jest mi najłatwiej. Jeden idzie z tyłu, jestem na uprzęży i asekuruje mnie, trzyma na sztywno, nawet jak gdzieś skręcę, to mnie przytrzymuje. Najgorsze są pionowe zejścia, często po prostu lecę w dół. Jak idziemy po prostym, to mam dwa kijki do pomocy i to pomaga. Myślę, że to właśnie głównie hamuje inne osoby niewidome. Strach przed tymi wypadkami. Spróbujcie zamknąć oczy i zejść z jakiegoś wzniesienia. Większość się tego nie podejmie, bo sama myśl budzi strach. Znaczy ja też tak czasami mam: leżę poobijany i myślę: Co ja tutaj robię! Ale to zawsze kwestia psychiki. Głupio by było się poddać, jeśli do końca zostało 10 szczytów!

Red: Czy twoi rodzice od dzieciństwa Cię wspierali, abyś robił rzeczy niezwykłe?
Myślę, że pogodzenie się z niepełnosprawnością dziecka nigdy nie jest łatwe i wymaga ogromnej siły woli.
Wykryto u mnie tą wadę kiedy miałem 2 i pół roku. Zdegenerowanie siatkówki i brak pigmentu w plamce żółtej. Pojawiła się metoda leczenia, polegająca na przeszczepie komórek macierzystych, ale w Polsce jest to niemożliwe. Szukamy teraz możliwości leczenia w Japonii i w Chinach. Wzrok traciłem stopniowo, więc w dzieciństwie wychowywałem się jeszcze w miarę normalnie: grałem w piłkę, jeździłem na rowerze. Nawet książki czytałem przez lupę. Gdy ukończyłem podstawówkę, zacząłem szybko rosnąć i to przyspieszyło proces utraty wzroku. Kiedy miałem 21 lat widzenie zatrzymało się na obecnym poziomie, czyli 5%. Wada polega na tym, że z przodu widzę jakby za mgłą, a kątami oczu bardzo słabo. Mogę stwierdzić, że ktoś tam siedzi, ale nie rozpoznam kto to może być. To taka ciemna i niewyraźna plama. Ale i tak z pewnością jestem w lepszej sytuacji niż ci, którzy nie widzą od urodzenia. Zostały mi w głowie te obrazy, które widziałem w dzieciństwie. Jak ktoś mi powie, że tam są drzwi, to mogę sobie je wyobrazić, czy jak zobaczę jakąś plamę, to zakładam hipotetycznie, że to ściana. Poza tym uważam, że wszystkie hamulce są w naszych głowach. Jak się przekroczy pewną barierę, to można sobie poradzić ze wszystkim. A rodzice? Tak, zawsze mnie wspierali. Nie usłyszałem od nich nigdy, że jestem kaleką i nie wolno mi czegoś robić. Wręcz przeciwnie, nigdy nie dawali mi taryfy ulgowej i motywowali mnie do działania. To znaczy często słyszę, że jestem nienormalny (śmiech)! Nie tylko od rodziców. Wielu moich znajomych tak uważa. Ale myślę, że to troska. Generalnie moi bliscy i znajomi są zafascynowani tym, że mają takiego szalonego kumpla. Dlatego pchają mnie w to, co robię. Myślę, że to też ich napędza.

Red: Jakie to uczucie zdobyć szczyt, którego nie jesteś w stanie zobaczyć?

Ciężko powiedzieć. Na pewno czuję ekscytację: udało się! Ale zaraz przychodzi myśl, że teraz muszę zejść. I to już nie jest takie fajne! (śmiech). To trzeba kochać! Gdybym tego nie kochał, to bym tego nie robił. Poza tym ludzie nie do końca mają pojęcie jak to naprawdę wygląda. Jak ktoś mówi, że stał na szczycie i podziwiał widoki, to nie bardzo mu wierzę, bo tak naprawdę to trzeba stamtąd jak najszybciej uciekać! Na Mont Blanc spędziłem trzy minuty, na Gerlachu dwie. Jest bardzo zimno, wieje wiatr - generalnie mocno nieprzyjemnie!

Red: Gdybyś, tak czysto hipotetycznie, odzyskał wzrok, to chciałbyś powtórzyć ten wyczyn, żeby zobaczyć to, czego nie zobaczyłeś teraz?

Kurcze, chyba tak. Moim marzeniem, gdybym odzyskał wzrok, jest zostanie ratownikiem górskim. To mnie kręci i z pewnością bym do tego dążył.
Michał: Moje doświadczenie w takiej codziennej relacji z Jurkiem jest takie, że on dzwoni do mnie i mówi: Widziałem coś! On cały czas powtarza, że widzi. Tylko inaczej. Także będąc na szczycie on faktycznie widzi. Potrafi wszystko dokładnie opowiedzieć.

Red:  Czy jest coś czego się boisz?

Pewnie, jak każdy. We wspinaczce boję się przede wszystkim dwóch rzeczy: szczelin w lodowcu i przepaści. Jakbym je widział, to bym wiedział gdzie mogę postawić nogę postawić. Ludzie, z którymi idę mówią mi na przykład o takich przepaściach, które mają sto metrów. Tymczasem dla mnie pięć metrów, to też jest dużo. Wystarczy, żebym się poobijał. Z resztą moi towarzysze często przypominają sobie, że jestem niewidomy dopiero jak gdzieś spadnę i nabiję sobie guza. Wtedy pojawia się konsternacja: O sorry, zapomniałem, że nie widzisz! Zupełnie normalnie się zachowujesz. (śmiech). Ale można się do tego przyzwyczaić. Wydaje mi się, że ludzie dookoła mnie muszą budować w sobie dużą dozę empatii.

Red: Może był jakiś przerażający moment w zdobywaniu szczytów? Taki, w którym na chwilę sparaliżował Cię strach?

Tak naprawdę co chwilę jest taki moment. Na przykład podczas wspinaczki na Mont Blanc. Gdy szliśmy taką wąską przełączką pomiędzy pierwszym, a drugim szczytem jeden rak mi się wypiął i noga zjechała mi w przepaść. Muszę przyznać, że spanikowałem. Ale powiem szczerze, że co chwilę jest coś takiego. Myślę sobie w takich momentach: po co ja to robię?! Ale coś w tym musi być, skoro nie potrafię z tego zrezygnować.

Red: A jak ludzie Cię postrzegają? Jakich reakcji doświadczasz? Bo dla ludzi pełnosprawnych to jest zawsze problem: jak traktować niepełnosprawnego, współczuć, podziwiać, może nie zwracać uwagi na deficyty? Jak myślisz? Jak to wygląda z punktu widzenia osoby niewidomej?
Mogę powiedzieć jak reagują na mnie ludzie spotkani na szlaku. Są bardzo zdziwieni. W głowach im się to nie mieści, nie rozumieją jak można nie widzieć i chodzić po górach. I nie mówią tego „niedzielni turyści”, ale doświadczeni wyjadacze. Jest to dla nich szok. Robi się czasami takie treningi ratownikom, że zasłania się im oczy i każe wspinać na ściankę albo prowadzić siebie nawzajem z zamkniętymi oczami. Oni mówią, że to jest nie do przejścia. Ja się domyślam, że dla widzących to musi być nie do przejścia. Ale tak naprawdę po pewnym czasie każdy jest w stanie przestawić się na inne zmysły i wypracować nową technikę. Generalnie reakcje ludzi są bardzo pozytywne. Nie usłyszałem nigdy: Nie rób tego, zrezygnuj. Raczej wszyscy mnie motywują.
Michał: Od samego początku, kiedy poznałem Jurka, jego osoba mnie zafascynowała. Przeszły mi przez myśl, osoby, które znam. Jak niewiele z nich realizuje założone plany, odkładając wszystko na przyszłość. Pomyślałem o Jurku i o tym, że on właściwie jest już na ostatniej prostej od realizacji swojego niesamowitego marzenia. Nigdy w trakcie naszej znajomości nie pomyślałem o nim jako o osobie niepełnosprawnej. Każdy z nas potrzebuje pomocy jakiegoś rodzaju. Ktoś może być nieśmiały. Jurek nie widzi, ale czy tak naprawdę ma to jakieś znaczenie?

Red: Czujesz się kimś wyjątkowym? Ludzie całkiem sprawni, bez barier fizycznych nie dokonują takich rzeczy, boją się po ludzku. A Ty dokonujesz niemożliwego.

Nie, nie czuję się wyjątkowy. To znaczy kiedyś, jak zdobywałem medal w maratonie czy innych zawodach, to miałem poczucie sukcesu i wyjątkowości. Ale dzisiaj patrzę na to inaczej. Medale i puchary nie mają dla mnie znaczenia. Czerpię z tego przede wszystkim wewnętrzną satysfakcję. Jak coś mi się udaje, to czuję się po prostu lepszym człowiekiem.

Red: Biegałeś w maratonach, uprawiałeś sport wyczynowo, teraz wspinaczka, co potem? Masz jakieś plany, marzenia na przyszłość? Może na przykład samotnie przepłynąć ocean?

Myślałem po pierwsze o rozszerzeniu tych szczytów na inne kontynenty. Ale obawiam się, że to już byłoby kuszenie losu. Lubię ryzyko, ale w granicach rozsądku. Dlatego chyba zatrzymam się na Koronie Europy. A później? No nie wiem, jeżeli się znajdą sponsorzy, to projektów jest wiele. Opłynięcie świata dookoła to super pomysł. Może wycieczka rowerem wokół Bałtyku? Ale póki co uczę się jeszcze w szkole medycznej i to jest priorytet. Jak skończę edukację, to zobaczymy jakie możliwości się przede mną otworzą.

Red: Czy myślisz sobie czasami, że Twoja działalność może komuś pomóc? Że inni niepełnosprawni mogą się inspirować Twoimi pasjami?

Na pewno to motywuje ludzi do działania. Dlatego też założyliśmy stowarzyszenie, o śmiesznej i znaczącej nazwie Nie widzę przeszkód. Oczywiście wielu moich niewidomych znajomych nigdy nie zdecyduje się na chodzenie po górach. To normalne. Trzeba to lubić i być zdeterminowanym, bo to bardzo trudny projekt. Dlatego go wybrałem. Ale nawet jak jedna osoba na sto zacznie coś robić, to jest już sukces.
Michał: Muszę tu coś dodać. Coś, o czym każdego dnia przekonuję się coraz bardziej. Jurek jest po prostu King Kongiem. Zbudował stowarzyszenie, w którym wraz z nim pracuje wielu pozytywnych wariatów takich jak on, w którym każdego dnia dzieje się mnóstwo pozytywnych rzeczy. Porusza tłumy, wychodząc na najtrudniejsze góry Europy. Jest wzorem dla wszystkich w swoim otoczeniu. Ma dar przekonywania innych do rzeczy, które wydają się niemożliwe. Jest zdecydowanym liderem, a w tym wszystkim pozostaje całkiem normalny. Często go namawiam, żeby w wywiadach się trochę pochwalił. Bo jest czym. Wspierają go ludzie z GOPR-u, zachęca ich, by razem z nim pomagali niepełnosprawnym i włączali się w znakomite akcje. To jest wielkie.

Red: No właśnie, porozmawiajmy o stowarzyszeniu "Nie widzę przeszkód", którego jesteś prezesem. Czym się ono zajmuje?
Zajmujemy się głównie promowaniem sportu i turystyki. Prowadzimy bardzo wiele akcji. Wystarczy zajrzeć na stronę internetową oraz stronę na facebooku i przekonać się jak dużo się dzieje. Jedną z takich akcji jest właśnie „Euro Summits Adventure”, czyli Korona Europy. Ale oprócz tego mamy wiele pomysłów: na rowerach do Maroka, przez Mazury na kajakach, gramy w pikę nożną dla niewidomych, walczymy o zwiększenie medialności sportu paraolimpijskiego i wiele innych. Jesteśmy otwarci na propozycje i słuchamy. Organizujemy też akcję: Dotknij i usłysz kulturę. Ludzie pełnosprawni i niepełnosprawni wspólnie wybierają się do kin, teatrów, opery i tak dalej. Innym typem działalności są konferencje, które prowadzimy. Ostatnia odbyła się pod hasłem: Pokażcie nas w Rio. Jej celem było zwrócenie uwagi społeczeństwa na to, że w mediach nie ma transmisji z paraolimpiad. Ministerstwo zapowiedziało zresztą, że w przyszłym roku z Rio relacje będą. Zobaczymy.

Red: Coraz więcej mówi się w mediach o potrzebach osób niepełnosprawnych. Słyszymy, że wielu z nich realizuje pasje, robi niezwykłe rzeczy. Czy myślisz, że życie osób niepełnosprawnych w Polsce się zmienia? Czy może ciągle to zamknięty świat?

Wydaje mi się, że to głównie niepełnosprawni są wciąż zamknięci w hermetycznym świecie. Nie jest to ich wina, to błąd systemu. Zamiast izolować ludzi w specjalnych ośrodkach tylko dla nich przeznaczonych, powinniśmy otwierać szkoły integracyjne. Ci ludzie kończą szkoły specjalne i nie potrafią się odnaleźć w normalnym świecie. Nikt ich tego nie nauczył. Ja mam sporą wiedzę na ten temat, bo przeszedłem przez edukację w różnych typach szkół. Ukończyłem normalną podstawówkę, gimnazjum integracyjne, technikum akustyczne dla niewidomych, a teraz jestem w szkole medycznej na masażu. Znam to od podszewki. Widziałem jak to wygląda w szkole specjalnej. Tam ludzi trzyma się w pewnym sensie w zamknięciu, nie wypuszcza się ich. Nie pozwala się im samym wychodzić, bo szkoła boi się odpowiedzialności, gdyby coś się wydarzyło. I potem niewidomi nie potrafią sobie poradzić sami, nie umieją żyć w społeczeństwie. Gdyby otwierać szkoły integracyjne, to i niepełnosprawni uczyliby się żyć w normalnym świecie, i dla świata niepełnosprawność nie byłaby żadnym szokiem.

Red: Czy masz jakieś rady dla tych, których dotyka nagła choroba? Albo dla rodziców dzieci, które chorują. Jak sobie radzić z taką sytuacją?

Myślę, że siły do walki trzeba szukać w sobie. Ale zdecydowanie łatwiej jest tym, którzy mają wokół siebie bliskich i przyjaciół. Ja myślę, że to jest moja największa broń: ludzie, którzy zawsze stoją obok mnie, akceptują takiego jakim jestem. Nigdy nie wolno dać do zrozumienia niepełnosprawnemu, że jest słabszy i sobie nie poradzi. Człowiek jest silny, potrafi sobie poradzić z każdym nieszczęściem. Trzeba go do tego cały czas motywować.